|
Blog > Komentarze do wpisu
grudniowe drobiazgi
Tak dawno mnie tu nie było... widzę jak mało mam czasu. Jak bardzo absorbujące jest życie. Dopiero teraz widzę, że Jezus na prawdę wymaga tylko zgody na Miłość, którą chce mi dawać. On nic innego nie chce ode mnie! A ja ślepa, tak długo tego nie widziałam... Widzę że dojrzałam. Bardzo mocno dojrzałam przez ostatnie miesiące. Kiedy w październiku opisywałam z wielką euforią moje przeboje i to jak bardzo dużo się dzieje, nawet przez myśl mi nie przeszło, że to dopiero początek tego, co Jezus przygotował dla mnie... A On miał dla mnie całą lawinę zdarzeń... nie koniecznie łatwych i przyjemnych... chcąc to opisać nie wiem, czy starczy mi wieczora... Kiedy w moim życiu pojawił się Piotrek, początkowo tyle radości, zadowolenia... a im dalej rozwijała się ta relacja, tym trudniej. Bo jak pielęgnować roślinę, kiedy wiesz, że musisz ją wyciąć... ? Ja w pewnym momencie wiedziałam, że muszę zakończyć to jak najszybciej, żeby nie ranić i nie być ranioną... bo już nie chcę być ranioną... już dość... przez wiele lat sama sobie zadawałam ból. Każdego dnia, kiedy mówiłam "nie potrzebuję Ciebie, poradzę sobie sama!". Moje JA aż krzyczało... i do tej pory czasem obudzę się w nocy i nadal wszystko w środku krzyczy... Do tej pory boję się krzyku, szczególnie tego nie wyrażonego słowem... wystarczy gest, słowo, spojrzenie... Boję się oceny, braku akceptacji... Ale już nie boję się do tego przyznać. To jest moja przewaga, że wiem nad czym mam pracować...:) W międzyczasie przeprowadzka do innego pokoju... z jednej strony radość - bo w końcu mam swój kawałek podłogi. Tu czuję się na prawdę jak u siebie... tu mogę oddychać spokojnie... wiele mnie kosztowało stanięcie przed moją współlokatorką w prawdzie. nie lubię gdy ktoś płacze z mego powodu. Ale dziś już wiem, że nie mogę być zadowalaczem każdego. Jeśli kochasz to pozwól mi odejść... i tak musiało się stać...nie żałuję tej decyzji, bo odnalazłyśmy w sobie Boga... Pan Bóg mi pokazuje jak wiele relacji sobie zniszczyłam, nie pielęgnowałam i potem patrzyłam z rozpaczą, że mi się rozpada, że usycha i więdnie... a nie podlewany kwiat nigdy nie owocuje... On jednak nie zostawił mnie samej... powoli, małymi kroczkami daje nadzieje i ufność, że poprowadzi, jeśli ja dam się poprowadzić. Dużo dobra wyciągam z tego co się wydarzyło... a i czas przedświąteczny sprzyja zatrzymaniu się i spojrzeniu na krzyż nie tylko jak na kawałek drewna, ale jak na ostatni akord Bożej Miłości do mnie... *** i dzisiejsze spotkanie Duszpasterstwa... dawno nie było tak, że spotkaliśmy się w klasztorze i poczuliśmy jedność i radość. Projekcja filmu chyba dla wielu była trudniejsza niż myśleli... Ale trzeba uczyć się dawać i przyjmować. Bo to buduje... Wszak jestem Dzieckiem Boga i muszę patrzeć tak na siebie... Dobranoc+ środa, 14 grudnia 2011, ania.018
|
|