RSS
piątek, 23 grudnia 2011
nasłuchując...

jeszcze kilka chwil... jeszcze moment... odrobina cierpliwości, łyk wytrwałości...

On przyjdzie... obiecał... narodzi się znów.

Kiedy? jak? Gdzie?
Nie pytaj... dziś nie pytaj... zaufaj...
Jeśli znajdziesz czas, y pośród telewizora, jedzenia, radosnych spotkań rodzinnych i odpoczynku usiądziesz zamyślony w chwili refleksji - wtedy bądź pewien - właśnie się rodzi!
kiedy? właśnie wtedy gdy pytasz...
jak? nieważne... zaufaj...
Gdzie? W twoim sercu...
***
Utulona w Jego ramionach... spragniona posiedzieć przy Jego żłóbku...

20:54, ania.018
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2011
grudniowe drobiazgi

Tak dawno mnie tu nie było... widzę jak mało mam czasu. Jak bardzo absorbujące jest życie. Dopiero teraz widzę, że Jezus na prawdę wymaga tylko zgody na Miłość, którą chce mi dawać. On nic innego nie chce ode mnie! A ja ślepa, tak długo tego nie widziałam...

Widzę że dojrzałam. Bardzo mocno dojrzałam przez ostatnie miesiące. Kiedy w październiku opisywałam z wielką euforią moje przeboje i to jak bardzo dużo się dzieje, nawet przez myśl mi nie przeszło, że to dopiero początek tego, co Jezus przygotował dla mnie... A On miał dla mnie całą lawinę zdarzeń... nie koniecznie łatwych i przyjemnych... chcąc to opisać nie wiem, czy starczy mi wieczora...

Kiedy w moim życiu pojawił się Piotrek, początkowo tyle radości, zadowolenia... a im dalej rozwijała się ta relacja, tym trudniej. Bo jak pielęgnować roślinę, kiedy wiesz, że musisz ją wyciąć... ? Ja w pewnym momencie wiedziałam, że muszę zakończyć to jak najszybciej, żeby nie ranić i nie być ranioną... bo już nie chcę być ranioną... już dość... przez wiele lat sama sobie zadawałam ból. Każdego dnia, kiedy mówiłam "nie potrzebuję Ciebie, poradzę sobie sama!". Moje JA aż krzyczało... i do tej pory czasem obudzę się w nocy i nadal wszystko w środku krzyczy...

Do tej pory boję się krzyku, szczególnie tego nie wyrażonego słowem... wystarczy gest, słowo, spojrzenie... Boję się oceny, braku akceptacji... Ale już nie boję się do tego przyznać. To jest moja przewaga, że wiem nad czym mam pracować...:)

W międzyczasie przeprowadzka do innego pokoju... z jednej strony radość - bo w końcu mam swój kawałek podłogi. Tu czuję się na prawdę jak u siebie... tu mogę oddychać spokojnie...
Choć ten czas zmiany lokum okupiony był wieloma łzami, niepokojem, trudem... Nie byłam wtedy sama. Pan Bóg dał mi tych, na których zawsze mogę liczyć. Niewielu mam przyjaciół gdzie mogę pójść i pospać na kanapie, przykryta kocem, wiedząc, że nie zostanę obudzona, i nie usłyszę "idź sobie"... Boże dziękuję Ci za to...

wiele mnie kosztowało stanięcie przed moją współlokatorką w prawdzie. nie lubię gdy ktoś płacze z mego powodu. Ale dziś już wiem, że nie mogę być zadowalaczem każdego. Jeśli kochasz to pozwól mi odejść... i tak musiało się stać...nie żałuję tej decyzji, bo odnalazłyśmy w sobie Boga...

Pan Bóg mi pokazuje jak wiele relacji sobie zniszczyłam, nie pielęgnowałam i potem patrzyłam z rozpaczą, że mi się rozpada, że usycha i więdnie... a nie podlewany kwiat nigdy nie owocuje... On jednak nie zostawił mnie samej... powoli, małymi kroczkami daje nadzieje i ufność, że poprowadzi, jeśli ja dam się poprowadzić.

Dużo dobra wyciągam z tego co się wydarzyło... a i czas przedświąteczny sprzyja zatrzymaniu się i spojrzeniu na krzyż nie tylko jak na kawałek drewna, ale jak na ostatni akord Bożej Miłości do mnie...

***

i dzisiejsze spotkanie Duszpasterstwa... dawno nie było tak, że spotkaliśmy się w klasztorze i poczuliśmy jedność i radość. Projekcja filmu chyba dla wielu była trudniejsza niż myśleli... Ale trzeba uczyć się dawać i przyjmować. Bo to buduje... Wszak jestem Dzieckiem Boga i muszę patrzeć tak na siebie...

Dobranoc+

23:14, ania.018
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 października 2011
Jesień...

Pięknie jest wstać rano, mimo zajęć na uczelni, wyjść na balkon i zobaczyć góry oblane słońcem... i te czeskie i polskie... i wieczorem stać na tym samym balkonie z kubkiem herbaty, owinięta swoją ulubioną chustą... 

Rok akademicki się zaczął, a ja ciągle myślami gdzieś... na pewno nie w murach naszej Alma Mater...:P brakuje mi Kasieńki, naszych pogaduch, jej bycia - po prostu... Bo to była jedyna taka prawdziwa przyjaźń... Nie narzekam, bo jakoś teraz leci, ale nie chce mi się jakoś tam chodzić jak nie do końca jest z kim porozmawiać w czasie przerw... bywa, że siedzę dwie godziny sama, bo owszem są ludzie z którymi mozna pogadać, ale o głupotach tak po prostu... ale nie porozmawiać... pójść na kawę...

w weekend wyjazd do znajomej rodzinki... cudowny, Boży czas:) dla mnie osobiście to takie rekolekcje były... odpoczynek, zabawa, śmiech, ale też poczucie, że jestem u siebie... że jestem bezpieczna. Tak, czułam się tam bezpiecznie i dobrze... Bo towarzystwo przyjaciół... nie byłam sama...

I Jezus... On tam był. A to najważniejsze... odpoczęłam...

I niedzielny wieczór na Jasnej Górze u Mamy... U Mamy... mojej Mamy...   dobry czas, choć żal mi było wyjeżdżać... bo czułam się tam tak dobrze... a łzy same leciały... Mama. Tak rzadko Ją doceniałam. wiecznie nie miałam czasu, by po prostu być na Jasnej... zawsze przytłaczał mnie ogrom klasztoru, to co wkoło tego... a tu Mama... która patrzy i mówi, że Ona się zatroszczy...

a teraz uczelnia... takie codzienne obowiązki się zaczęły, a moje myśli wszędzie tylko nie w tej codzienności... pochłonięta obowiązkami szukam chwili by pomyśleć... Jezu czego Ty oczekujesz ode mnie? czego chcesz?
Powoli diakonia ewangelizacji rusza... Chwała Panu pomysły się pojawiają, chęci też są, ludzie też... Coraz więcej inicjatyw... Jutro formalnie ruszamy:) czas zacząć działania... Omodlone, przegadane z Jezusem, już wiem co robić:)Dzięki Tato:-)

A tak poza tym? dużo myśli... pod przykryciem śmiechu, radości, dokuczania i przegadywania się nawzajem widzę, że rodzi się dobra przyjaźń... ufam Panie, że Ty to błogosławisz i kierujesz...

Tymczasem z Bogiem!

+ na czółko - dla Was:)

 

 

21:53, ania.018
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2011
Nowe życie

Pokój przeplatający się z bezsilnością
chęć służenia innym łącząca się z trudem wypowiedzenia choćby słowa bo gardło i płuca bolały, a gorączka osłabiała całą mnie...
pragnienie niesienia siebie na przemian z poczuciem pustki
poczucie wspólnoty i troska przy ogromnej samotności w tym wszystkim...

tak wyglądało moje "Nowe Życie"... trudny czas... fizycznie trudny... chciałam dać siebie innym, chciałam służyć. Ale wolą Pana było co innego... zastanawiam się czy Panu Bogu aż tak zależało żebym była chora właśnie teraz? czy komu?

Jedno wiem - ja tego kursu nie przeżyłam tak jak chciałam... liczyłam czas, żeby się skończył... nie miałam po prostu sił. I trudno mi było przeżywać ten czas w radości, słysząc - graj - kiedy akordy się myliły bo gorączka rosła cały czas, zaśpiewajmy coś, a ja nie mogłam z siebie wydobyć już głosu, poproś kogoś żeby cię zastąpił...

i nawet dzieląc się z nimi, nie miałam sił by powiedzieć cokolwiek... po prostu iść do domu... odpocząć...

trudny czas, ale Jezus też cierpiał. Mimo to szedł dalej.

12:54, ania.018
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011
w kolejce po pokój

nie chodzi bynajmniej o pomieszczenie... utknęłam w Cieszynie - bez samochodu, za to z rowerem - i to jest całkiem ekonomiczne rozwiązanie...:)
szczególnie zabawne jest jego wnoszenie na 4 piętro...

A tak poza tym, to "małe tęsknoty, krótkie tęsknoty... znaczące prawie tyle co nic..."

Myślałam, że taki tydzień spędzony sam na sam ze sobą przyniesie rozwiązanie tylu niepewności. No dobra, chciałam tak myśleć - wiem, że nie da się życia ułożyć w przeciągu tygodnia.

W mojej głowie pełno pytań - jak długo to jeszcze wszystko potrwa? Dlaczego tak mi się wszystko gmatwa? Czy nie można było prościej? Po co wchodzić w relacje, które są tak trudne i wymagają wiele ode mnie? I dlaczego dopiero teraz to wszystko wychodzi, jak było przecież całkiem dobrze?

Wiem - chaos... W mojej głowie i sercu również. Bo z jednej strony wszystko we mnie krzyczy, woła i chce uzdrowienia, a z drugiej jakby maleńkie dziecko, chowające się przed światem i problemami, choć i tak wie, że nie da się uciec...

I czekam... bo tyle mi pozostało... aż coś ruszy... i dostanę pokój o który proszę, pokój serca, tak bardzo mi potrzebny. Bo nie chcę żyć w takim dwuświatku... z jednej strony zawsze silna, pomocna Anka, w której można znaleźć oparcie i pogadać, poprosić o modlitwę czy po prostu pobyć, a z drugiej... chowająca się, uciekająca, odwracająca głowę, by nie spojrzeć w oczy...

tak się nie da... nie wiem, dlaczego teraz wyszły te wszystkie lęki i obawy, a nie np. rok temu... tego nie wiem, ale ufam, że Jego plan jest lepszy i ten czas trudu też jest mi potrzebny... Zresztą analizując to co we mnie i wkoło mnie - lepiej, że to wszystko się pojawiło, bo pozwoli na szczere intencje i zdrowe relacje. Bo tego nie da się budować na pozorach...

To tak jakby dom na piasku? Więc czas zburzyć to co na piasku i postawić na skale...

19:49, ania.018
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 września 2011
Lęk...

nie jest łatwo pisać o swoich słabościach. Nigdy też nie uważałam, ze może się we mnie zrodzić tak wielki lęk przed człowiekiem. nie jest to bynajmniej jakaś ogromnie uzasadniona obawa, toteż tym bardziej zastanawiam się z czego to wynika i o co chodzi... Bać się kapłana? nie sądziłam, że tak się da...
Ale prawda jest chyba taka, że nie boję się jego, ale tego, jak mnie będzie postrzegał, jak mnie oceni, gdy pozna to, co we mnie jeszcze nie odkryte... bo czas pokazać prawdziwe swe wnętrze... Po tak mocnych duchowo wakacjach wiem, że skończył się czas uciekania i ukrywania... Boję się o tę relację bo jest ona dla mnie ważna, ale nie do końca umiem o nią walczyć...
Wiem, że to wszystko jest ubrane w chaos i nic z tego nie rozumiesz... ale proszę Cię - jeśli to czytasz, to westchnij u naszego Ojca, by ta relacja została uzdrowiona...

11:35, ania.018
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Nie MOJA lecz TWOJA wola...

Można by zacząć: Od ostatniego wpisu wiele się wydarzyło... i byłaby to prawda...:) bo działo się wiele i wiele dzieje się nadal.

koniec lipca to wielkie pakowanie i wyjazd z cieszyńską wspólnotą ZACHEUSZ do Medjugorje na XXII Festiwal Młodych. Po 17 godzinach spędzonych w autokarze powitaliśmy Bośnię i Hercegowinę. Właściwie to ona nas przywitała - upałem i słońcem. Był to wyjazd na festiwal - miałam obraz wielkiej radości i świętowania. Jednak okazał się to czas ciszy i pokory - takich prawdziwych rekolekcji... Ciężko było już na początku - bo wspólnota nie mieszkała w jednym miejscu razem, nie mogliśmy więc spędzać wolnego czasu całkowicie razem, przez co więcej było momentów na przemyślenia, samotne patrzenie na to co się dokonywało. A działo się wiele - poczucie pustki, pustyni, posuchy łączyło się ze złością, żalem i smutkiem... Nie czułam tego. Wszędzie ci ludzie, tak wiele narodowości, języków... i jak się tu skupić? I spowiedź, której nie było w planach - moich planach... Ale Matka Boża tak mocno działała, tak bardzo chciała bym i ja przytuliła się do Niej, że nie pozwoliła mi wyjechać stamtąd bez radości w sercu. I działała. I Jezus powoli docierał do mnie. Przyszedł w sakramencie pokuty. To miejsce to jeden wielki międzynarodowy konfesjonał...
Ten czas wiele mi pokazał - szczególnie, że nie MOJA wola ma się spełniać... I coś w sercu mnie tam ciągnie za rok... choć tak się zapierałam na początku... bo jest wiele miejsc i zdarzeń, które nie do końca mi "leżały" ale dziś wiem, że jestem wolna i nie wszędzie muszę być...:) ufam, że będzie mi dane pojechać tam za rok...:) wszak Mama zaprasza:)

dzień odpoczynku po powrocie i dalej z plecakiem... tym razem do Stryszawy na kurs "Jan"... z Anią i ojcem Efraimem pojechaliśmy pogłębiać nasze relacje z Mistrzem i Nauczycielem. Jak się okazało - był to też czas pogłębiania naszych relacji, takich ludzkich... Otwarcie się na siebie, zaufanie... i szczere rozmowy...:)
Pan dał mi łaskę bycia tam z nimi, ale także możliwość poznania niesamowitych osób. Wiem, że wielu z nich już nigdy nie spotkam i dlatego nie warto było się bardzo przywiązywać... jednak Bóg postawił mi na drodze kilka osób co do których ciężko było się rozstać. Szczególnie x. Wojtek, który stał się mi bardzo bliski - być może za swe ciepło i ojcowskie patrzenie na mnie, bez kpiny, za to z wielką miłością i czasem ironiczną radością...:P
Gdy nagle wyjechał w połowie kursu, nie umiałam znaleźć sobie miejsca... jednak i teraz Pan pokazał mi, że to JEGO wola ma się spełniać, nie MOJA... i uczył zgadzać się z Nim, oddawać co boli, oddawać swój plan na życie choć tak kurczowo trzymam go w swoich dłoniach... To był czas wyzwolenia...

potem były już tylko krótkie epizody w cieszyńskim życiu... praca nad sobą i "Kłamstwami, w które wierzę" - czasem tak bolesna, że aż nie do uniesienia... jednak i to daje mi prawdziwą wolność... bo odkrywając kłamstwa w których żyję, odkrywam też pewne mechanizmy i uczę się przeciwstawiać temu... polecam tę książke każdemu:)

no i sobotnie czuwanie... Na rowerach przyjechali Paweł i Agatka... byliśmy tu razem, tworząc wspaniałą wspólnotę przyjaźni:) i Duch Święty działał mocno... przychodził ze Swoim odpocznieniem. A do mnie z zapewnieniem o Swej delikatności. I nie robił wielkich rewolucji. to było bardzo spokojne czuwanie... pełne wyciszenia i pokory. Ale i w tym Jezus uczy mnie, że to JEGO wola się wypełnia nie MOJA...

Tymczasem spać, bo jutro do Zuzi i Hani znów na cały dzień...:)

+

22:08, ania.018
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2011
dryfuję.

Obroniona na 5 pani magister. Ładnie brzmi i dumnie - robi wrażenie. Ale poza tym, że mogę przed nazwiskiem napisać "mgr" niewiele się zmieniło...

Albo raczej nie... zmieniło się... cholernie duźo się zmieniło...

Sobotnie czuwanie charyzmatyczne z modlitwą o uzdrowienie. No tak - powiesz - było czuwanie - Anka w rozsypce. Minie jej. pozbiera się.
Jasne. Masz rację. Bo tak jest i tak będzie. Pozbieram się i pójdę dalej.

Ilekroć koordynuję czuwanie wydaje mi się, że bardziej od strony technicznej muszę to ogarniać. I tak jest. Ale to czuwanie prowadzone z Asią było tak inne. Panie Jezu Ty wiesz ile mnie to kosztowało. I nie chodzi o nerwy czy czas - nie... ale jak bardzo chciałam Ciebie tam doświadczyć jako uczetnik. zwykły szary człowieczek.

Wiele słyszałam. Post Apostolski - trudny temat, który rozdziera serce - bo czego się wyrzec? i w Imię czego? bo wiem, że On mnie wzywa do tego... ale jak?

a potem Eucharystia - szczyt i euforia... i uwielbienie, które było dla mnie na prawdę uwielbianiem i wychwalaniem!

a późniejsza Adoracja, kilka słów i krótkie spojrzenie w Jego pełne Miłosierdzia Serce... I pytanie, komu nie potrafie przebaczyć? kto wywołuje u mnie łzy i bezsilność, której nie umiem opanowac? Ufam, że Pan pokaże mi w końcu i przypomni te sytuacje i wskaże drogi... 

W sobotę Pokazał i powiedział mi jak bardzo jest bezsilny... i jak bardzo jest samotny... samotny w mojej samotności. W tym, że pośród tylu ludzi czuję się tak opuszczona, że tak bardzo potrzebuję zapewnienia, że ktoś jest. Ktoś do kogo zawsze można przyjść gdy zaczyna się dryfować bo falach życia... że pod tak pozornie rozkrzyczaną i pewną siebie Anią skrywa się bezsilność... Jezu, jak niewiele osób to dostrzega. Jak niewielu osobom pozwalam na dostrzeżenie tego.

Tak bardzo się zawsze starałam. Zawsze chciałam być najlepsza (ech, ten perfekcjonizm), nikogo nie zawieźć, nie urazić, być do dyspozycji dla każdego o każdej porze, każdemu pomóc. Przyczynić się choc trochę do szczęścia i radości innych...
Bo nikt nie był mi nigdy obojętny. Chciałam wziać na swe barki problemy całego świata, wszystkie niepokoje. Wielokrotnie czułam się tak, jakbym nosiła na sobie odpowiedzialność za czyny i decyzje innych...
Starałam się zawsze być dla każdego, gdy tylko mnie potrzebowali. A gdy ja potrzebowałam pomocy to nieraz nie było nikogo. Poczucie samotności stało się wtedy moim towarzyszem. Nie chciałam się skarżyć i użalać bo inni mają gorzej. Tak miało być - myslałam...

Ale w sobotę Bóg pokazał - wiele... i wiele łez w oczach innych. I "przeraszam, że cię opuściłam..." Tak, tamto opuszczenie było dla mnie bolesne, ale dziś inaczej już patrzę na to co minione.

Choć nadal nieraz czuję tę samotność, wiem, ze On jest, i koi, gdy ból staje się nie do zniesienia i przeszywa na wylot.

ale często nadal brak wiary. Taki czas nastał. Wszak nie zawsze jest idealnie.

11:46, ania.018
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 lipca 2011
zamyślenia...

Ziemia pęka dla ziarna.
Ziarno rośnie dla kłosu.
Kłos złoci się powoli słońcem i wiatrem, by czas się wypełnił, by wszystko nowe się stało, by źdźbło znów wydało ziarno.
Potem ziarnu zostaje zadana śmierć, kruszy się je i łamie, aż na stole stanie się chlebem.
A chleb na wszystkich ołtarzach przemienia się w Ciało.
To Ciało jest dla życia... dla życia w obfitości

o. Piotr Wiśniowski

Ot, takie przemyślenia na niedzielne, deszczowe popołudnie...

15:17, ania.018
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011
garść radości:)

Dzisiejszy dzień zapisze się zapewne w kalendarzu mojej jakże wspaniałej egzystencji (:-D) jako dzień bardzo radosny... Po porannej walce z moimi nowymi soczewkami pełna uśmiechu Anna udała się do pani promotor, gdzie po trzech godzinach czekania usłyszała - 13 lipca, godzina 8.00 obrona pracy magisterskiej. Ulga. Bo jednak nie skreślą z listy studentów...:P

A potem przyjazd Sylwii do Cieszyna, wspólna herbatka, pączki i buszowanie po ciucholandach jak za dawnych lat - ja, Sylwia i Marta - trzy wariaty biegające między regałami...:) i wspólny obiad w zakątku... mniam...:)

a potem szybko do domku, przebrać się, kwiatek we włosy, i do Franciszkanów... ale tym razem cel naszej wizyty tam całkiem inny...:) wspólnotowa potańcówka okazała się strzałem w 10!  Boży czas i wspaniali ludzie:)

No i w końcu w domku, dziewczyny siedzą w piżamkach i prowadzą ciekawe rozmowy:) truskawki ze śmietaną zjedzone, soczewki wyjęte (hehe), radość i uśmiech - czyli wszystko na swoim miejscu...:)

00:08, ania.018
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30